- Witaj!... Mam dla ciebie niespodziankę... Pozwól jednak, że najpierw przez chwilę zajmę się sobą...

się w jego ramionach.
R S
Alli przyznała w duchu, Ŝe topnieje pod gorącym spojrzeniem Marka. Stał w
- Co takiego?
- Musisz mnie uczesać, zanim spotkam się z lady Heleną - powiedziała. Zdecydowała, że na wieczór włoży suknię z atłasu w kolorze herbacianym. Będzie doskonale kontra¬stowała z ciemnymi strojami osób w żałobie.
Kiedy dobiegł do rogu, z zaułka na zapleczu apteki wyłonił się stary buick. Oczy kierowcy i Santosa spotkały się. Za kierownicą siedział chłopak z apteki.
- Jeśli można prosić, trochę więcej uwagi, lady Arabello. Jak brzmi imiesłów czasu przeszłego od czasownika devoir?
Mark zaczerpnął powietrza. Powinien mieć pewność, Ŝe skoro Alli mieszka
- Wręcz przeciwnie, zawsze chciałam się nauczyć jeździć
Łzy napłynęły jej do oczu.
Uśmiech zniknął z jej twarzy.
Clemency pozbierała myśli. Pan Baverstock nie może pójść sam z Arabellą, nie będzie to przyzwoite. Zatem musi iść z nimi.
Nita Windcroft moŜe się tu pojawić, sama, bezbronna, bez męŜczyzny?
Dopiero pod koniec rozmowy Lysander zapytał od nie¬chcenia:


- MoŜe to nie pora, Ŝeby ci przypominać - zaczęła Alli - ale na ten
- Czuję się w nich jak lalka - odparła Clemency. Częściowo odzyskała już dawny humor. Może jest jeszcze trochę za szczupła, musi też pozbyć się cieni pod oczami, lecz przyjaciółki nie widziały w niej żadnej skazy. Miała na sobie suknię z cienkiego perkalu w biało-niebieskie paski, wyszywaną w maleńkie niebieskie bławatki, doskonale pasujące do koloru jej oczu. Sally na cześć powrotu swojej pani umyła jej włosy w naparze z rozmarynu, po czym upięła je misternie w stylu romańskim - w klasyczny węzeł z opadającymi po bokach lokami.
- Referencje, panno Baverstock? Nie bardzo rozumiem.

stronę.

- Ależ to niemożliwe. Musi pani zejść na dół - Dobrze, ale w takim razie zjem razem ze służbą.
- Kiedyś jakiś podróżnik zjawił się na planecie, która wówczas nie była znana i nie miała swego miejsca ani nazwy
Stary kamerdyner spojrzał księciu prosto w oczy.

PROLOG

- Już dobrze, zaraz damy ci drugi, zobacz tu jest bisz¬kopcik, no masz. - Otarł chłopczykowi buzię i uśmiechnął się z lekkim zawstydzeniem. - No dobra, przyznaję się. Ja¬
Obróciła misia w dłoniach. Był w sam raz. Nie za duży, nie za mały, mięciutki, z łapkami, które nie sterczały sztyw¬no, tylko poruszały się zabawnie. Na pyszczku miał trosze¬czkę krzywy uśmiech uroczego zawadiaki. Idealny miś do kochania.
Mark, i tak wysoki i barczysty, wydawał się jej teraz je¬szcze potężniejszy. Widziała pięknie zarysowane mięśnie na klatce piersiowej i ramionach. Jakiż on musiał być silny! Rze¬czywiście, przy kimś takim Henry mógł spać spokojnie...